niedziela, 6 maja 2012

Napastnika kupię/sprzedam


Muszę się przyznać bez bicia - uwielbiam piłkarskie lato. Nie dlatego, że można złapać trochę wytchnienia od tego sportu i zatęsknić za rozgrywkami (przede wszystkim mojej ulubionej Premier League). Dlatego, że wtedy rozkręca się na dobre karuzela transferowa. I choć wiem, że w tym roku nie obędzie się bez osłabienia (bardziej czy mniej poważnego) klubów, z którymi delikatnie sympatyzuję, czyli Atletico Madryt, Tottenhamu, FC Porto i Montpellier, to ból ten zrekompensować może to, co jest jedną z moich ulubionych części futbolu. Wielkie transfery wielkich nazwisk. A to lato najprawdopodobniej stanie pod znakiem wielomilionowych roszad w pierwszej linii wielu renomowanych zespołów.


I choć w Football Managerze Barcelona, Real i inne prowadzone przez komputer kluby nakupiłyby pewnie kilku Brazylijczyków, których potem po roku oddałyby bez żalu za grosze, w realnym świecie mamy szansę na dużo większe emocje i dużo ciekawsze roszady.


Jednym z najgorętszych miejsc latem będzie najprawdopodobniej biurko, na którym stoi faks w budynku klubowym Manchesteru City. Trzeba to powiedzieć - będzie się miało pod czym uginać. Na pewno trafi tam niejedna oferta za wracającego z wypożyczenia Emmanuela Adebayora, którego chyba na City of Manchester Stadium już skreślono. Poza nim szeregi The Citizens może opuścić Sergio Aguero, którego bardzo chciałby mieć u siebie Jose Mourinho, a także podpadający każdemu Mario Balotelli (powrót do Mediolanu?), przyklejony do ławki rezerwowych Edin Dzeko (pytał o niego Bayern) czy Carlos Tevez, którego odejście jeszcze dwa miesiące temu wydawało się być przesądzone. Osobiście śmiem twierdzić, że jeśli ktoś (poza Adebayorem, bo to raczej oczywiste) opuści Manchester, to będzie to Dzeko. Bo to napastnik warty gry o najwyższe cele w pierwszej jedenastce. Balotelli - niczym syn marnotrawny - jak zwykle wróci do łask, Tevez już to zrobił, Aguero natomiast jest zbyt cenny w walce o obronę mistrzowskiego tytułu (nie przewiduję, że City straci go na finiszu).


A od tego, ilu zawodników odejdzie, będzie też zależeć ilu przyjdzie. City chce Hulka (powalczy o niego z Chelsea, Liverpoolem i Tottenhamem), za którego Porto oczekuje już tylko 35 milionów funtów (zeszli z 85 milionów ze względu na kłopoty finansowe). Chce też Cavaniego, którego u siebie widziałby chyba prezes każdego liczącego się w Europie klubu. Kto wie, czy w Manchesterze nie skończy jednak Gonzalo Higuain, który miałby być elementem wymiany. Najpierw mówiono że za Dzeko, później - za Aguero.


Ale to nie jedyne nazwiska, o których ma być głośno. Mnie osobiście najbardziej interesuje rozwój sytuacji z Robinem van Persie. Co prawda Barcelona odcina się od zainteresowania nim, a sam Holender jest zachwycony tym, że wreszcie Arsenal wzmacnia się uznanymi nazwiskami (Podolski), jednak w tych sprawach nigdy do końca niczego nie wiadomo. Według mnie RvP byłby idealnym uzupełnieniem linii ataku Blaugrany. Messi, Alexis, Villa, Pedro, Tello (który jeszcze musi dojrzeć do gry w Katalonii) i do tego van Persie... Atak-marzenie! A że Vilanova ma na start dostać 100 milionów euro na transfery, to kto wie, czy Holender nie urzeczywistni tego fotomontażu:




A jeśli nie on, to kto wie, czy Barcy nie zasili jeden z rewelacyjnych napastników Atletico. Sam chętnie widziałbym Falcao w bordowo-granatowej koszulce, choć i Adrianem bym nie pogardził. Ci dwaj mogliby wynieść grę Barcy na wyższy poziom (choć kto wie, czy sprawdziliby się, a nie skończyli jak taki na przykład Ibrahimovic)


Skoro zbroi się Barcelona, nie może odstawać i Madryt. I tak wspomniany Aguero to marzenie Mourinho, choć ja wolałbym, żeby El Kun został w Manchesterze. Dlaczego? No bo niestety, to mogłoby być wielkie wzmocnienie największego rywala Barcy. A tak mogę się jeszcze łudzić, że to właśnie Blaugrana sięgnie po chłopaka z Argentyny, który pasowałby idealnie do stylu gry Katalończyków. 


Poza tymi wielkimi nazwiskami, wiele wskazuje na to, że kluby zmienią także inne gwiazdy wielkiego formatu linii ataku. Gylfi Sigurdsson wraca z wypożyczenia w Swansea z tarczą i kto wie, czy nie sięgnie po niego Manchester United. Sir Alex ma już podobno odłożone dziesięć milionów na Islandczyka. Część tego wydatku może pokryć odejście Michaela Owena. Zaskoczyło mnie tylko to, jakie kluby są najważniejszymi graczami w wyścigu po reprezentanta Anglii. Drugoligowy Brighton i chińskie Shanghai Shenhua. Cóż, gdyby swego czasu Michael został w Liverpoolu, a nie chciał podbić Hiszpanii, może teraz grałby wciąż na wysokim poziomie. A tak zapowiadający się na jednego z najlepszych angielskich napastników zawodnik rozmienił swoją karierę na drobne i nie osiągnął tego, do czego był przeznaczony.


Najgorętszymi nazwiskami na rynku będą oczywiście Nacho Novo, Marek Hubnik i Ismael Blanco, którym jednak więcej niż jednego zdania nie poświęcę. Niech ich (pseudo-)osiągnięcia w Polsce mówią same za siebie:


(tak dla porównania, Pavol Stano, stoper Korony Kielce w jednym meczu zdobył tyle bramek, co cała ta trójka w ciągu swojej "kariery" w Ekstraklasie)


W każdym razie zapowiada się niesamowicie ciekawe lato. Nie wiem jak Wy, ale ja już dawno odpaliłem już Football Managera i u mnie Aguero jest w Barcelonie, Adebayor w Liverpoolu, a van Persie... w Manchesterze City. W sumie to nie miałbym nic przeciwko takiemu układowi. Szczególnie że Real kupił... Keirrisona! :)

piątek, 27 kwietnia 2012

Gracias Pep!


Pep Guardiola i jego następca - Tito Vilanova

Taką presję, pod jaką pracował przez ostatnie cztery lata Pep Guardiola, znieść potrafiłoby niewielu trenerów na świecie. Niesamowicie wysoko poprzeczkę postawił sobie... sam Guardiola. Wygrywając w pierwszym sezonie dosłownie wszystko, co było do wygrania. Kto wie, czy gdyby można było równolegle grać w Lidze Europy Lidze Mistrzów, to tamta Barcelona nie wygrałaby także UEFA Europa League. Nawet najbardziej zagorzali kibice Realu Madryt musieli wtedy przyznać, że na Barcę nie ma mocnych (poza naszą Wisłą oczywiście - wszyscy pamiętamy 1:0 na Reymonta w eliminacjach Champions League).


Sam Guardiola trenerem jest wyjątkowym. Pierwsza praca z dorosłym zespołem i bilanse, jakich nikt się nie powstydził. Wystarczy rzut oka, żeby spojrzeć trochę z podziwem, trochę z niedowierzaniem. Pep zbudował zespół, który grał pięknie i który wielu nazywa najlepszym zespołem wszechczasów.






Teraz nadchodzi era Tito Vilanovy. Czy po okresie, gdy asystent Pepa będzie prowadzić Barcę, w słownik piłkarski wejdzie zwrot podobny do "era Guardioli"? Niektórzy twierdzą, że to właśnie od Vilanovy zależało najwięcej w drużynie przez ostatnie lata, a Guardiola był przede wszystkim przyjacielem dla swoich piłkarzy, świetnym motywatorem i bardzo otwartym człowiekiem.


Na pewno Vilanova doskonale rozumie filozofie Barcelony, co stawia go w uprzywilejowanej pozycji względem ludzi wymienianych wśród potencjalnych następców Pepa: Laurenta Blanca, Marcelo Bielsy czy Ernesto Valverde. Poza tym zarekomendował go sam Andoni Zubizarreta, legenda katalońskiego klubu, a propozycja bardzo spodobała się i Guardioli, i Sandro Rosellowi. 


Guardiola powiedział także na dzisiejszej konferencji prasowej, że już w październiku dał do zrozumienia Sandro Rosellowi i Zubizarrecie o tym, że czuje się wypalony. Że jego czas dobiega końca. I chwała mu za to, że mimo to tak wiele serca zdołał jeszcze włożyć w ten sezon. Że za wielką porażkę odbiera się drugą pozycję w jednej z najsilniejszych lig świata, finał krajowego pucharu (który jest jeszcze przecież do wygrania), a także dojście do półfinału Ligi Mistrzów. Pewnie 99,9% klubów na świecie taki rezultat wzięłoby przed sezonem w ciemno, Pep natomiast uznał, że to czas, by zejść ze sceny. Wcale nie niepokonanym.


Mi osobiście w pamięć najbardziej zapadnie obrazek sprzed dwóch i pół roku, z finału Klubowych Mistrzostw Świata. Moment, w którym Guardiola zrozumiał, że wygrał z Barceloną w swoim debiutanckim sezonie wszystko. Że wprowadził jego ukochany klub na najwyższy poziom, nieosiągalny wtedy dla nikogo. Moment, w którym w jego oczach pojawiły się łzy, łzy szczęścia i niedowierzania.






W imieniu wszystkich kibiców Barcy dziękuję Guardioli. Bo przez te cztery lata każde spotkanie Barcelony oglądało się z przyjemnością. Nawet gdy z przodu nic nie chciało wpaść, nawet gdy lepszy okazywał się Real Madryt, nawet gdy Messi pudłował z karnych, a Alves każdą wrzutkę posyłał w trybuny. Gracias Pep!

czwartek, 26 kwietnia 2012

Historia zatoczyła koło - Bayern w finale!


Bastian Schweinsteiger dał wczoraj zwycięstwo Bayernowi

Od triumfu Bayernu Monachium w Lidze Mistrzów minęło już całe jedenaście lat. W futbolu to lata świetlne, to czas, w którym doświadczeni kapitanowie stają się legendami, trenerami, emerytami, a juniorzy zajmują ich miejsce, mając za sobą wiele pojedynków na śmierć i życie. I niezmiernie bym się ucieszył, gdyby nowemu Bayernowi, z Gomezem, Robbenem, Riberym, Lahmem i - po wczorajszym meczu przede wszystkim - Manuelem Neuerem, udało się nawiązać do swoich poprzedników. Do Giovanne Elbera, Stefana Effenberga, Mehmeta Scholla, czy - również przede wszystkim - Olivera Kahna.


Historia zatoczy dla Bayernu koło 19. maja i - jeśli wierzyć w to, że historia lubi się powtarzać - to Bayern zapowiada się na zwycięzcę elitarnych europejskich rozgrywek. Analogii do wydarzeń z przełomu wieków można doszukiwać się na każdym kroku. I tak Bayern w 1999 roku na Camp Nou doznał bolesnej porażki z Manchesterem United w finale Champions League (dwa gole United w doliczonym czasie gry 2. połowy zmieniły wynik na tablicy na 2:1 dla Czerwonych Diabłów), by dwa lata później ograć w karnych Valencię. Ograć ją na San Siro, stadionie, na którym po raz ostatni Ligę Mistrzów wygrał gospodarz finału (Inter w 1965 roku). Teraz po klęsce sprzed dwóch lat, poniesionej na innym hiszpańskim stadionie, Santiago Bernabeu, Bayern ma szansę powtórzyć wspomniany wyczyn Interu i przesunąć datę ostatniego zwycięstwa gospodarza w finale na rok 2012.


Podobieństwem jest również postać bramkarza obecnego i "tamtego" Bayernu. Manuel Neuer to bowiem następca Olivera Kahna, który najprawdopodobniej na lata (być może jak Oli, do samej emerytury) będzie numerem jeden w bramce Bayernu i reprezentacji Niemiec. Kahn w finale 2001 roku obronił karne wykonywane przez Zlatko Zahovicia i Mauricio Pellegrino (dodatkowo Amadeo Carboni trafił w poprzeczkę), w półfinale z madryckim Realem wyczyn ten powtórzył Neuer. A można nawet powiedzieć, że przebił, bo choć też obronił dwa rzuty karne, to pokonał dwóch najdroższych piłkarzy świata. Stanął naprzeciw 163 milionów euro i dwukrotnie popisał się fantastycznymi interwencjami. 


A kogo Bayern wyeliminował w pamiętnym 2001 roku w półfinale? Jedni pewnie pamiętają, inni się domyślają. Tak - Real Madryt. Wielki Real, może nawet większy niż teraz, bo znajdujący się w słynnej erze Galacticos. Real, którego największym grzechem (a dla mnie powodem, by zawsze, gdy to tylko możliwe, oglądać jego mecze) była taktyka, zakładająca, że nieważne ile bramek strzeli przeciwnik, ważne że my i tak strzelimy więcej. Taktyka, której efektem ubocznym były takie wyniki, jak 1:5 z Mallorcą. 


I wtedy, i teraz, Bayern był i jest dla Realu (poza Barceloną) najbardziej niewygodnym rywalem w europejskich pucharach. Dlaczego? Od momentu, kiedy Puchar Mistrzów stał się Ligą Mistrzów, na 12 spotkań z Bayernem, Real wygrał tylko cztery razy. Aż siedmiokrotnie to Niemcy wychodzili zwycięzko z potyczek z Królewskimi. 






Jeżeli zaś chodzi o Chelsea, to Bawarczycy potykali się z Anglikami tylko raz w dwumeczu Ligi Mistrzów, w 2005 roku. I co prawda to The Blues byli górą w dwumeczu, to jednak na stadionie Bayernu po znakomitym widowisku zwyciężył Bayern. Obydwa spotkania warto było zresztą obejrzeć, bo padło w nich aż 11 goli.


I jeśli finał Ligi Mistrzów będzie choć w połowie tak emocjonujący jak wspomniany dwumecz, to nic tylko rezerwować miejsca w ulubionym pubie, przygotować sobie trochę grosza na piwo i rozkoszować się spektaklem, który wyłoni najlepszy klubowy zespół Ligi Mistrzów. Bo choć jednym udało się ograć Barcelonę, a drugim Real, co wydawało się celem samym w sobie, to tym nadrzędnym był właśnie ten jeden mecz. Mecz, w którym - jeśli historia faktycznie lubi się powtarzać - zwyciężyć powinien Bayern.





wtorek, 24 kwietnia 2012

Wynik egzaminu: trzy razy negatywny


Ostatni tydzień to trzy ważne egzaminy oblane przez piłkarzy Barcy
Trzeba to dzisiaj powiedzieć, choć mi, kibicowi Barcelony wciąż z tym ciężko. Jeśli w tym tygodniu piłkarze Barcelony trzykrotnie podchodziliby do egzaminu na prawo jazdy, zamiast do kluczowych meczów sezonu, to niestety trzy razy usłyszeliby od egzaminatora: "zapraszam następnym razem". O tym, że doskonale wiem, jak smakują te słowa, mówić nie będę (choć wierzcie mi, że jest o czym). Powiem właśnie o tych trzech egzaminach, po których zawodnicy Blaugrany będą musieli wykupić sobie obowiązkowo dodatkowe pięć godzin "jazd".

ŁUK


W zeszłą środę, wstyd to mówić, Barca oblała na łuku. Po raz pierwszy wysokiej klasy samochód Blaugrany zgasł, gdy Alexis Sanchez trafił w poprzeczkę. Nerwy wzięły górę po golu Drogby i drugie podejście, zakończone słupkiem Pedro, również okazało się nieudane. Testujący przyszłego kierowcę Włoch Roberto Di Matteo z nieskrywaną przyjemnością podpisał się pod negatywnym wynikiem egzaminu. 






WZNIESIENIE


Ale w sobotę musiało być lepiej. Godzina egzaminu podobna, nawet trochę wcześniejsza. Nie można więc powiedzieć, by zdający był zmęczony dniem - nic z tych rzeczy. I choć sabotażysta Sami Khedira pozamieniał miejscami zbiornik hamulcowy ze zbiornikiem płynu chłodzącego, to przegląd techniczny i łuk udało się jakoś - głównie za sprawą Alexisa Sancheza - przebrnąć. Kto by się jednak spodziewał, że już na wzniesieniu egzaminator rodem z Portugalii, o dźwięcznym nazwisku Ronaldo, będzie musiał po raz kolejny oblać Barcelonę. I choć bolid FCB sapał, dyszał i dmuchał, niczym lokomotywa z wiersza Tuwima, to samochód zgasł dwukrotnie i trzeba było stanąć w okienku, by zapisać się na kolejny termin.






MIASTO


No i dziś się udało. Blaugrana wreszcie wyjechała na miasto, radziła sobie tam naprawdę dobrze. Pierwsze 44 minuty egzaminu to pasmo sukcesów. Przegląd, łuk, wzniesienie, zawracanie "na trzy" - wszystko poszło idealnie, choć egzaminator - znów Roberto Di Matteo rzucał kłody pod nogi. Potem jednak zaczęły się schody. Gdy na drogę nagle wybiegł mężczyzna, ubrany od stóp do głów na niebiesko, z numerem 7 wytatuowanym na plecach, pojazd Barcy musiał gwałtownie zahamować.






- I takie okoliczności się zdarzają, trzeba jechać dalej - pomyślał egzaminowany i jechał dalej. Dalej i po swoje, był bowiem pewny, że lada moment usłyszy, że wreszcie się udało, że egzamin jest wreszcie zaliczony.


Prawdziwe problemy zaczęły się jednak dopiero po 50. minucie testu. No bo jak można na drodze z pierwszeństwem "dać po hamulcach" na skrzyżowaniu z wiejską dróżką? Lionel Messi pewnie do teraz nie potrafi sobie wyjaśnić, dlaczego przepuścił niebieski samochód, prowadzony przez jakiegoś faceta wyglądającego na Czecha.






Złym omenem było także to, że gdy tylko samochód Barcelony podchodził do parkowania, drogę zastawiał mu autokar wiozący dziewięciu chłopa z jakąś dziwną naszywką z lwem na koszulkach. I dziesiątego, łudząco podobnego do spotkanego wcześniej Czecha, z czarnym kaskiem na głowie.


Ale egzamin trwał dalej i - pozbawiony sporej części pewności siebie - kursant wierzył w to, że uda się go ostatecznie zdać. I prawdopodobnie zbyt mocno skupił się na tej wierze. Nie wiadomo, gdzie był myślami, gdy pod koła wbiegł mu blondwłosy młodzieniec o piegowatej twarzy. 





I choć po raz trzeci uśmiech satysfakcji zagościł na twarzy egzaminatora, to i tym razem nie można było mieć do niego pretensji. Był wymagający, ale nie niesprawiedliwy.


---


- Gdyby tylko to parkowanie wyszło szybciej, może wrócilibyśmy do ośrodka wcześniej, a ten blondwłosy dzieciak nigdy nie stanąłby nam na drodze...

Pech Bassonga spuszcza Wilki


Pechowiec weekendu, a może nawet roku angielskiej Premiership


W obecnym sezonie anglicy dostali od piłkarzy goszczących na ich boiskach nadprogramową ilość okazji, by przylepić do różnych zawodników ciekawe łatki. Każdy kibic w Anglii wie, że taki Luis Suarez to rasista, a z kolei Ashley Young to nurek jakich mało. Od przedwczoraj z wypisanym na czole napisem "PECHOWIEC ROKU" chodzić powinien zaś Sebastien Bassong, obecnie obrońca Wolverhampton.


Ale żeby zrozumieć sytuację potężnie zbudowanego, czarnoskórego obrońcy, cofnijmy się o kilkadziesiąt godzin. Niedzielne popołudnie na Molineux Stadium, a naprzeciw siebie stają dwa zespoły, które walczyć będą o wszystko. Choć to "wszystko" oznacza dla nich zupełnie co innego. Gospodarze, Wilki, chcą się za wszelką cenę utrzymać w Premiership. By jeszcze pozostać w grze, muszą pokonać Manchester City, który w wypadku zwycięstwa dopadnie odwieczneo rywala zza miedzy, United na trzy punkty. I to tydzień przed bezpośrednią konfrontacją z Czerwonymi Diabłami na City of Manchester Stadium.


Po pierwszej połowie, zgodnie z planem prowadzi zespół wicelidera angielskiej Premier League. Jednak w drugiej części gry zdecydowaną przewagę uzyskują gospodarze, którzy z każdą minutą coraz bardziej desperacko próbują się ratować znad przepaści. I może w końcu by im się to udało, gdyby nie bohater tego tekstu.


74. minuta, Carlos Tevez jest faulowany (czy aby na pewno?) na środku boiska, za chwilę dostaje piłkę i podaje na wolne pole do Samira Nasriego, przed kryjącego go Bassonga. Tevez gra piłkę bardzo czytelną, prostą do przejęcia, może nawet nadającą się do wyprowadzenia groźnej kontry; choć akurat Bassonga o umiejętności playmakera szczególnie nie podejrzewam. Niestety jednak stopera Wolverhampton właśnie w tym momencie łapie skurcz w nodze, oznaczający naciągnięcie mięśnia. W pierwszym momencie myślałem, że sędzia odgwizdał jakieś przewinienie, spalonego, bo doprawdy komicznie wyglądała sytuacja, w której biegnący za Nasrim Bassong nagle staje w miejscu i patrzy, jak rywal przesądza o wyniku meczu i - co najważniejsze - o spuszczeniu Wolverhampton do Championship.






Nasz bohater po całym zajściu niepocieszony schodzi do szatni i można się tylko domyślać, jakie myśli kołatały mu w głowie. Przecież gdyby kontuzji doznał minutę wcześniej, na boisku pojawiłby się sztab medyczny i zdecydował o zmianie. Chwilę później? Zatrzymałby podanie Teveza i wybił piłkę w aut. Jednak spotkał go chyba największy pech, jaki od dawien dawna widziałem na piłkarskich boiskach. Nie można powiedzieć, że gdyby Bassong wyjaśnił sytuację, Wolverhampton utrzymało się w lidze (prawdę mówiąc, jest to wielce wątpliwe), jednak wiadomo, że takie zdarzenia mają swoją symbolikę.


A mi zwyczajnie Bassonga jest żal. Bo łatki pechowca nie tak łatwo się pozbyć. Mający wolne popołudnie Harry Redknapp (menedżer Tottenhamu, z którego do Wolves wypożyczony jest Bassong) na pewno nie odmówił sobie obejrzenia spotkania rywali z czuba tabeli i jeśli tylko pozostanie trenerem The Spurs, to w ważnych momentach dwa razy przemyśli wstawienie Bassonga do składu. Bo po co kusić los...

środa, 18 kwietnia 2012

Wyciągnąć wnioski

Zarówno Mourinho, jak i Guardiola mają obecnie sporo do roboty


Kto wygra nadchodzące Gran Derbi? Choć do meczu pozostały jeszcze dwa dni, jestem przekonany, że odpowiedzieć na to pytanie można już dziś. I nie, nie odpowiem na nie, że Barcelona, bo jest lepsza. Moje sympatie nie mają w tym momencie nic do rzeczy. Wygra je ten, kto lepiej wykorzysta nauczkę, jaką były przegrane potyczki w Lidze Mistrzów. Ten, kto drobiazgowo wyeliminuje swoje błędy popełnione w środku tygodnia, a także podejrzy, jak rywale rozerwali defensywę tych drugich.

Pierwszy szkołę wygrywania dał Barcelonie Bayern. Kluczem jest przede wszystkim zastosowanie wysokiego pressingu na całej długości boiska. Przy podwojonym czy nawet potrojonym nacisku ze strony Bawarczyków, nawet takie tuzy jak Cristiano Ronaldo czy Mesut Ozil mieli niesamowity kłopot, by pokazać pełnię swoich umiejętności. Pojedynki udawało im się wygrywać tylko wtedy, gdy przyszło stoczyć batalie biegowe jeden na jeden. Zarówno Alabie, jak i Lahmowi nie można odmówić szybkości, jednak Ronaldo i Di Maria bili ich na głowę swoim przyspieszeniem na kilku metrach.

No i należy wyłączyć cicho pracujący mózg Realu czyli Xabiego Alonso. Na palcach jednej ręki można było policzyć piłki, które Bask rozdzielił tak, jak czyni to kilkunastokrotnie w meczach Primera Division. Zawsze kierunek podania determinowany był tym, z której strony nie naciska go a to Luis Gustavo, a to Toni Kroos.

Dla Realu zaś sposobem na zwiększenie swoich szans może być eliminacja niepotrzebnych fauli w środku boiska i bezsensownych dyskusji z sędziami. Żeby gra była bardziej płynna, mecz zakończyło jedenastu Królewskich (przede wszystkim Marcelo i Pepe), a po spotkaniu nie było durnego gadania, że znowu sędzia pomógł Barcelonie. Gdy o tym piszę, od razu na myśl przychodzi spotkanie zakończone wynikiem 2:0 dla Barcelony, kiedy to celem Realu nie było zwycięstwo, a wyeliminowanie na dobrych kilka miesięcy z gry Lionela Messiego.

Jako kibic Barcelony liczyłem, że w środę to, co spotkało Real na Allianz Arena, ominie Barcelonę na Stamford Bridge. Londyn okazał się jednak bezlitosny dla podopiecznych Guardioli. Trzeba wobec tego iść dalej i pamiętać błędy, które się popełniło w Anglii. Przede wszystkim lepiej zabezpieczać tyły przed kontrami rywali. Real wyprowadzać tego typu akcje potrafi błyskawicznie, chyba nawet lepiej niż Chelsea, stoperzy i defensywni pomocnicy muszą się więc mieć na baczności przez okrągłe 90 minut.

A wskazówki dla drużyny ze stolicy Hiszpanii? Chelsea na pewno pokazała Mourinho lepszą drogę niż ta obrana przez niego w ostatnim czasie. Na mecz z zespołem z Katalonii wychodzi się nie po to, by pokonać Barcelonę, a po to, by wygrać swój mecz. Niestety dla siebie, Portugalczyk często zapomina o tym, że liczą się trzy punkty dla Realu, a nie wyszarpanie ich Blaugranie. Dlatego w ostatnich latach Gran Derbi to spotkania pełne agresji, wręcz brutalne - głównie za sprawą nabuzowanych Królewskich. Wejść Pepe w Alvesa, Marcelo w Fabregasa, czy wspomnianego 0:2 i kopania Messiego przy każdej możliwej okazji nie można bowiem nazwać inaczej, niż klasycznym boiskowym chamstwem.

Jest jednak sporo czasu, by wnioski wyciągnąć. Na pewno przed Mourinho i Guardiolą dwie bezsenne noce, kiedy będą próbować znaleźć jak najwięcej czułych punktów w ciele kolosa, jakim jest ich rywal. Kto uczyni to lepiej, nie zapominając jednocześnie o uwypukleniu własnych atutów i eliminacji niedociągnięć, osiągnie w sobotę sukces. Bo po lekkiej bryndzy, jaką zaprezentowali obaj hiszpańscy giganci, jak na razie wszystko przemawia za remisem.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Futbol w wydaniu animowanym

Barca Toons celebrują udany sezon 2008/2009


Utarło się wśród kibiców, że Barcelona to mekka futbolowego aktorstwa. Że nikt tak jak tam nie potrafi upadać, wymuszać karnych, grać przez 90 minut. Ok, każdy ma prawo do swojego zdania, ja twierdzę, że to wszystko spowodowane jest przez zawiść. Bo ostatnimi czasy Katalończycy to maszyna do wygrywania, która z Pepem Guardiolą przy sterach zacina się niezwykle rzadko. Ale nie o tym ma być ten tekst.

O ile osobiście Oscara Dumie Katalonii bym nie dał, to jednak trzeba przyznać, że telewizja klubowa należy do najlepszych na świecie, jeśli chodzi o związane z klubem produkcje. Taki Manchester United ma co prawda np. swój quiz (który swego czasu zdominował sir Alex Ferguson, kto nie widział, niech koniecznie poszuka tego, jak wielką wiedzę o swoim pracodawcy ma Szkot), ale Barcelona posiada prawdziwy przebój: swoją własną kreskówkę.

Barca Toons to twór, który miał przyciągnąć rzesze młodych kibiców przed telewizory, by w przystępny sposób informować ich o tym, co w Barcy piszczy. Okazało się jednak, że przebojem został nie tylko wśród tych kilku- i kilkunastoletnich sympatyków Blaugrany. Także starsi kibice bardzo przychylnie odnoszą się do Barca Toons. Na nowy odcinek można liczyć przed każdym ważniejszym wydarzeniem (np. finał Ligi Mistrzów, derby z Realem), po ściągnięciu nowego zawodnika (prezentacja w Barca Toon zawsze kończy się zaaprobowaniem nowego nabytku przez Guardiolę poprzez kciuk uniesiony w górę), a także po sezonie. Bohaterowie są przesympatyczni i zawsze uśmiechnięci i trzeba przyznać, że pod względem public relations, kreskówki Barcy okazały się strzałem w dziesiątkę.

Poniżej przykładowe Barca Toons: przed finałem Ligi Mistrzów z Manchesterem United, po sezonie 2009-2010 czy po ściągnięciu Davida Villi.




Do mnie osobiście taki przekaz bardzo trafia, a dodatkowym plusem Toons jest ścieżka dźwiękowa (zwykle przeboje ostatnich miesięcy) i motywy ze znanych filmów. I tak przewija się przez kreskówki np. Szalony Kapelusznik z Alicji w Krainie Czarów (w tej roli Pep Guardiola).

Oprócz tej produkcji nie mogę sobie odmówić także wrzucenia innej - również zrobionej przez Barca TV. To dwa krótkie filmiki sprzed dwóch lat, wydane przed drugim meczem półfinałowym Ligi Mistrzów z Interem Mediolan. To właśnie wtedy poznałem znaczenie słowa "remontada" i pamiętam, że dzięki tym filmikom doskonale wprowadziłem się w atmosferę meczu. Jednego z tych, których ze względu na dramaturgię nie zapomnę do końca życia.