czwartek, 15 marca 2012

Kto jak nie pan, panie Waldku?

Roberto Di Matteo świętujący awans do ćwierćfinału LM


A raczej panie Roberto. Di Matteo oczywiście. Po wczorajszej wiktorii nad Napoli, śmiem twierdzić że przełomowej, bo ocierającej się o cud, Włoch wyszedł wreszcie z cienia. Daleki jestem co prawda od stwierdzenia, że Di Matteo wymarzono sobie na ławce Chelsea jako tego najważniejszego. Nie, wiadomo że Włoch to trener bez nazwiska na taki klub. Taki kolejny Avram Grant.

Ale jak skończyła się przygoda Granta z londyńskim klubem - każdy pamięta. Zrobił to, czego nie udało się ani Ancelottiemu, ani Hiddinkowi, ani Mourinho, ani Ranieriemu. Zagrał w finale Ligi Mistrzów i był o krok od tego trofeum. A może nawet bliżej. O jedną kępkę trawy, na której przy wykonywaniu decydującego o wszystkim karnego poślizgnął się John Terry. Bo Anelka dla mnie od zawsze był takim trochę pechowcem, trochę nieudacznikiem... Choć akurat on nie strzelił źle, po prostu van der Sar wyczuł go i wygrał Manchesterowi mecz.


A teraz znów trenerem zostaje ktoś z potrzeby chwili. Można też doszukiwać się analogii w tym wszystkim. Grant został tymczasowym menedżerem po Mourinho, Di Matteo - po człowieku nazywanym następcą The Special One, Andre Villas-Boasie. Co prawda Grant aż tak imponująco nie zaczynał (0:2 na Old Trafford i 0:0 w derbach z Fulham), jednak pod jego wodzą The Blues pokonali między innymi 6:0 Manchester City, który zaczynał budowanie swojej potęgi. Kupując... na potęgę, nie zawsze z głową.

Cały Londyn murem za panem stoi...

A przynajmniej powinien. Taki comeback jaki Di Matteo zagwarantował wczoraj musi przekonać sceptyków, że włoski szkoleniowiec albo wykonał przez tydzień świetną robotę, albo znalazł się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Według mnie to była mieszanka. Szczęśliwych okoliczności (bo swoje Cavani wczoraj zmarnował), ale i trafnych wyborów. Jego zawodnicy nie zwolnią. On wie, że dopóki Lampard, Terry i Drogba będą mieli swoje szafki w szatni na Stamford Bridge, dopóty każdy kto będzie próbował ich odsunąć, pożegna się z posadą. Szczególnie, jeśli jest młody, nie ma wielkiego nazwiska i nie potrafi wokół siebie wytworzyć aury autorytetu.

Tak panie Waldku, pan się nie boi...

Di Matteo natomiast nie ma nic do stracenia. Wyszedł z cienia i ma trzy miesiące, by wypracować sobie jak najlepszą opinię w środowisku trenerskim. Może i nie zostanie następcą Alexa Fergusona w Manchesterze, może nie zastąpi Pepa Guardioli w Barcelonie. Ale jakiś mniejszy klub? Doświadczenie zdobyte w West Bromwich i MK Dons ma, teraz nauczy się radzić sobie z presją związaną z zasiadaniem na jednym z najgorętszych stołków w Europie (no, może poza Polonią Warszawa...). Może tylko zyskać.
















Już teraz widać zresztą, że między nim a zawodnikami jest nić porozumienia, a może nawet przyjaźni. Wczoraj po wygranej dogrywce biegał jak oszalały i ściskał się z tymi, których Villas-Boas próbował odstawić. No i raz po raz poklepywał po plecach Fernando Torresa, który jeśli za Di Matteo się nie odblokuje, to nie zrobi tego już chyba nigdy. Na pewno nie na Stamford Bridge. A na konferencji prasowej nie zapomniał podziękować właśnie tym, którzy w Londynie grają już długie lata.

- Myślę, że dokonaliśmy historycznej rzeczy, bo przed spotkaniem znajdowaliśmy się w bardzo trudnej sytuacji. Starsi zawodnicy wnieśli doświadczenia, ponieważ już nie pierwszy raz grali w spotkaniu o takiej stawce. Wszyscy którzy zagrali byli niesamowici.

No właśnie, kto jak nie pan?

Chelsea zostaje więc w Champions League i według mnie jest jedyną - poza Barceloną oczywiście - drużyną, która może sprawić, że Mourinho znów nie uda się wygrać Champions League w Realu. Dlaczego? Zanim odpowiem na to pytanie, radzę przyjrzeć się wczorajszym trafieniom Chelsea.


Pierwszy gol - główka Drogby. David Beckham powiedział kiedyś, że Sergio Ramos to najlepiej grający głową obrońca na świecie. Jeśli tak, to jednym z niewielu napastników, który może w walkach o górną piłkę pokonać Ramosa jest właśnie iworyjski czołg. 

Drugi gol - rzut rożny i główka Terry'ego. No właśnie, kolejny świetnie grający w powietrzu piłkarz naprzeciw Królewskich. W moim osobistym rankingu jest z Ramosem na równi, poza tym przy stałych fragmentach gry raz że dobrze się odnajduje w ataku, a dwa że dobrze kryje w obronie. I może skutecznie zneutralizować Hiszpana we własnym polu karnym.

Trzecia bramka to już rzut karny, tutaj nie ma specjalnie czego analizować, choć połowy rzutów karnych w tym sezonie (5/10) Chelsea nie wykorzystała. Musiałaby więc zapobiec serii jedenastek, gdyż w tym elemencie gry Real wykazuje dużo wyższą skuteczność. Sam Cristiano Ronaldo wykorzystał w tym sezonie jedenaście rzutów karnych. Czwartą zaś można też podciągnąć pod zamieszanie w szesnastce, jednak tak naprawdę była wynikiem pozostawienia Branislava Ivanovicia bez krycia. Ten zawodnik ma zresztą smykałkę do strzelania goli w ważnych meczach. Przypomnijmy choćby dwa trafienia z Liverpoolem na Anfield w ćwierćfinale Champions League trzy sezony temu.

I tutaj właśnie upatruję szansy Chelsea. Bo ten zespół, jak to drużyna z Premiership, świetnie odnajduje się w zamieszaniu w polu karnym rywala. A tak Real traci najwięcej bramek. Ani Marsylia, ani Bayern, ani APOEL, ani nikt inny raczej nie będzie w stanie tak zneutralizować atutów zespołu z Madrytu jak The Blues.

Ale żeby takie przewidywanie miało sens musimy poczekać jeszcze na losowanie, a to już jutro w Nyonie. Na pewno najmocniej w Londynie na jego wyniki oczekuje Di Matteo. Wygrał los na loterii, prowadzi klub w ćwierćfinale Champions League. Ale po wygraną należy się jeszcze wybrać, a droga do tego wcale łatwa nie jest. I zapewne - prędzej czy później - zahaczy o Hiszpanię.

niedziela, 11 marca 2012

Harry, zostań!

Harry Redknapp, menedżer Tottenhamu


Przez ostatnie kilkanaście miesięcy byłem zakochany w grze Tottenhamu. Zespół Harry'ego Redknappa co mecz grał tak, by ludzie nie żałowali pieniędzy wydanych na bilet. Dlatego bardzo mocno się zmartwiłem, gdy z reprezentacją Anglii pożegnał się Fabio Capello. Bo z automatu kandydatem numer jeden na selekcjonera na Euro 2012 stał się Harry Houdini. Cudotwórca, jeden z trenerskich magików piłki XXI wieku.

Zacząłem się bowiem obawiać, że ktokolwiek by schedy po Redknappie nie przejął, to nie da rady utrzymać w tej drużynie stylu, który ma ona obecnie. Słyszy się o Davidzie Moyesie, który w Evertonie jest od dziesięciu lat i zasłużył wreszcie na sportowy awans. Głównie ze względów finansowych, The Toffees pewnego poziomu po prostu nie są w stanie przeskoczyć. Plotki dochodzące z Anglii mówią także o Jose Mourinho, któremu w Madrycie przestaje się podobać.

Śmiem twierdzić, że ci dwaj są niewątpliwie wielkimi trenerami. Moyes ma wszystko, czego potrzeba menedżerowi by prowadzić wielki klub. Referencje (dziesięć naprawdę udanych lat na ławce trenerskiej Evertonu), ambicje, podejście do piłkarzy... Drugi to trener-instytucja. Trener, który zostawił swoje piętno w Londynie i Mediolanie na tyle trwałe, że do dziś nikt nie był obdarzony w Chelsea i Interze takim zaufaniem kibiców i działaczy co Portugalczyk.

A jednak boję się. Boję się, że stanie się to, co stało się kiedyś z PSV, którym się zachwycałem. Gdy Holendrzy z Philippem Cocu po dramatycznej walce przegrali w półfinale Ligi Mistrzów z Milanem. Trenerem był wtedy jeden z moich ulubieńców, Guus Hiddink. Zaraz po tym sukcesie poprowadził Australię na mistrzostwach świata. I tam po raz kolejny potwierdził swoją klasę. Nie uszło to uwadze Rosjan, którzy zaklepali sobie Holendra. PSV do dziś nie odniosło tak spektakularnego sukcesu jak za Hiddinka.

Takie przykłady można mnożyć, odejście Probierza z ŁKSu do Arisu, wspomnianego Mourinho z Interu do Realu (o Chelsea i Porto nie wspominam, bo choć i tam The Special One zostawił po sobie pustkę, to The Blues zagrali później w finale Ligi Mistrzów, a Smoki wygrały Ligę Europy), czy Beniteza z Valencii. Ta ostatnia co prawda regularnie kwalifikuje się do pucharów, jednak do mistrzostwa i nawiązania walki z wielką dwójką już się nie zbliżyła.

Dlatego mam nadzieję, że selekcjonerem Synów Albionu zostanie ktoś inny. Wiadomo, że Redknapp w nieskończoność Tottenhamu trenować nie będzie, jednak nie miałbym nic przeciwko, by potrwało to jeszcze kilka lat. Bo nie mam żadnych wątpliwości, że jeśli odejdzie Harry, to pewnie niedługo na White Hart Lane nie będzie ani Bale'a, ani Modricia, ani Lennona. Nie będzie już takich meczów jak Tottenham - Inter w Lidze Mistrzów. Czy raczej Gareth Bale - Inter.


Choć na pewno Redknapp sobie na tą posadę zasłużył przez ostatnie lata jak nikt inny. I ma świadomość, że jeśli ma kadrę Anglii przejąć, to nigdy nie będzie mieć lepszej okazji. Capello zostawił bowiem zespół z charakterem, po kilku fantastycznych zwycięstwach. Nie został wyrzucony za słabe wyniki, pozostawiając za sobą rozwalony od wewnątrz zespół. Po prostu nie godził się na odbieranie mu autorytetu. Harry Houdini przyszedłby więc na gotowe. Nic tylko prowadzić taką drużynę.

Tylko że gdyby przejął jeden uformowany team, zostawiłby ten, który zna jak nikt inny. A ja wolę zespół Redknappa oglądać co weekend, a nie tylko w terminach UEFA...

wtorek, 6 marca 2012

Lecę do Londynu, tylko dajcie mi Ronaldo

Jose Mourinho świętujący tytuł mistrzowski w barwach Chelsea


Jak donoszą angielskie media (tu akurat za Daily Mirror), Jose Mourinho jest gotowy, by wrócić do Chelsea. Szkoleniowiec, który w realiach dzisiejszego futbolu może na pewno być nazywany cudotwórcą chce wrócić tam, gdzie spędził najwięcej czasu w swej karierze (jako samodzielny menedżer).

Żądania, jakie stawia Romanowi Abramowiczowi wydają się być jednak absurdalne. 12 milionów funtów rocznie to może nie jest wymóg nie do spełnienia. Za taki należy jednak uznawać sprowadzenie z Realu Madryt Cristiano Ronaldo.

The Special One najwyraźniej chce sprawdzić, jak daleko jest w stanie posunąć się Roman Abramowicz, by mieć go u siebie. A ten dla Portugalczyka już raz stracił głowę. Na trzy lata z hakiem, które uszczupliły portfel rosyjskiego miliardera o nieco ponad 372 miliony euro. Jeżeli odliczyć od tego Arjena Robbena, który był jeszcze pomysłem poprzednika Mou, Claudio Ranieriego, to i tak wychodzi ponad 350 milionów. Po Mourinho takie pieniądze dostał tylko Carlo Ancelotti (na Torresa i Davida Luiza zimą poprzedniego roku), a także Andre Villas-Boas. On miał być klonem Mourinho, jednak mistrz okazał się być kilka stopni wtajemniczenia wyżej niż uczeń.

Teraz jednak Mourinho żąda pieniędzy na jednego zawodnika, który będzie kosztował pewnie więcej niż Fernando Torres, Andriy Shevchenko i na dokładkę Tal Ben-Haim (ktoś w Londynie o nim jeszcze pamięta?) razem wzięci. I pewnie zakup jednego Ronaldo go nie zadowoli. Wymaga więc wyłożenia na stół - na same transfery - sumy oscylującej pewnie wokół ćwierć miliarda euro. Sumy, którą rok przed przyjściem Mourinho na nowych piłkarzy spożytkował Florentino Perez.

Bo czy ktoś wątpi w to, że Mourinho będzie chciał mieć u siebie po raz kolejny Ricardo Carvalho? Że mając w Chelsea tylko jednego nominalnego defensywnego pomocnika (Obi Mikela i Essiena traktuję jako środkowych pomocników) wzmocni tą, chyba swoją ulubioną formację, za darmo? Czy raczej będzie chciał wyjąć z Realu Khedirę, albo - puszczam tutaj wodze wyobraźni - Huddlestone'a z Tottenhamu? Odpowiedź nasuwa się sama.

No i ten największy transfer. Cristiano Ronaldo. Choć Mourinho jest trenerem, za którym niektórzy zawodnicy wskoczą w ogień, u którego wielu wspina się na szczyt swoich umiejętności, to czy Ronaldo nie jest przypadkiem samograjem? W mojej opinii, dla niego nie ma znaczenia czy zza linii bocznej krzyczy do niego Mourinho, Pyrdoł, Probierz czy Hiddink. A raczej na pewno nie zachowywałby się po odejściu The Special One z Realu jak Marco Materazzi.



Czy więc poszedłby do Chelsea? Musiałby wtedy na pewno przywyknąć do wielu obelg z Manchesteru (a raczej jego czerwonej części), a także dochodzących z Madrytu. O tym, że się sprzedał, że zdradził.

Mourinho musi o tym zresztą wiedzieć najlepiej. Czy więc zapowiadanie, że jest gotowy przejąć Chelsea to faktyczna oferta, czy tylko pewien rodzaj kokieterii? Może chce sprawdzić, na ile może sobie (będąc przecież jeszcze w Realu) pozwolić, może sprawdza, jak wiele jest w stanie mu dać Abramowicz, by jego syn marnotrawny wrócił... Na pewno bez celu na gorący londyński stołek się nie zgłosił. Jego wypowiedzi nigdy nie są i nie były bez celu.

Przedłużone karne - rozwiązanie czy udziwnienie?

Francesco Toldo broni rzut karny w meczu z Holandią.


Zaznaczam na początek, że do napisania tego tekstu skłonił mnie ostatni mecz Liverpoolu z Cardiff w finale Carling Cup. Finał miał miejsce już tydzień temu, jednak w mojej opinii problem niczego nie stracił ze swojej aktualności. I długo jeszcze pewnie nie straci.

Louis van Gaal od zawsze był trenerem wzbudzającym niemałe kontrowersje. Kilka lat temu rzucił kilka luźnych pomysłów na temat tego, jak można usprawnić najpopularniejszy sport na świecie. Jego wizje zakrawały na utopijne, jednak jedna z nich wcale taka trudna do wdrożenia i niewiarygodna nie była.

Chodzi o pomysł van Gaala na sprawiedliwsze rozwiązywanie meczu po dogrywce, niż rzuty karne. I o ile propozycję, by w dogrywce po każdych pięciu minutach zdejmować zawodnika można uznać za kiepski żart, o tyle doprowadzenie do serii sytuacji sam na sam w miejsce karnych to już idea całkiem konkretna.

Mówi się bowiem, że karne to loteria. Że tu nie grają umiejętności czysto piłkarskie czy strzelecka forma dnia, a po prostu szczęście i psychika. Sami zawodnicy mówią, że gdy podchodzą do karnych na treningu, to bramka wydaje się niesamowicie wielka, a bramkarz - malutki. Natomiast gdy przychodzi co do czego i trzeba ustawić futbolówkę na wapnie podczas meczu? Nagle cel kurczy się, a nawet filigranowy bramkarz wydaje się być wielkoludem z nadludzkim zasięgiem rąk.

Oddalenie punktu wykonania karnego o kilkanaście metrów i przyzwolenie na nieograniczoną liczbę kontaktów z piłką przed strzałem na pewno czynnik psychiczny mogłoby zredukować. Przy kopnięciu z jedenastu metrów zawodnik nie ma szans poczuć piłki, uderzenie musi być idealne już przy pierwszym kontakcie.

Nie można też zapomnieć o bramkarzach, których zadanie jest arcytrudne. Przy precyzyjnym strzale obrona to mission impossible. Z tym, że bez Toma Cruise'a w roli głównej. W sytuacji jeden na jeden natomiast co lepsi w swoim fachu wiedzieć będą, jak skrócić kąt, jak sprowokować napastnika do pomyłki. Słowem - będzie to przedłużenie 120 minut popisu piłkarskiego kunsztu.

Pomysł ten był zresztą testowany kilka lat temu we Włoszech. I powiem szczerze, ponieważ miałem przyjemność taką serię "przedłużonych jedenastek" oglądać, że wcale nie ustępują dramaturgią karnym.

Czy jednak warto zmieniać coś, co może nie jest idealne, ale jest niezłe? Nie od dziś wiadomo, że lepszy jest wrogiem dobrego, a wizjonerskie pomysły w futbolu czasami okazują się być poronione. O złotym i - może przede wszystkim - srebrnym golu nie muszę chyba wspominać?

niedziela, 4 marca 2012

Krajobraz po Portugalczyku

Były już menedżer Chelsea, Andre Villas-Boas


O tym, że Villas-Boas prędzej czy później wyleci na zbity pysk pisało się bardzo dużo. Celowo nie piszę, że zostanie zwolniony. Bo zaliczył upadek z bardzo wysokiego konia. I choć wcześniej niesamowicie wojował na sporych rozmiarów kucyku, to jednak nie przygotowało go to w żadnej mierze na to, co czekało na niego w Londynie.

Tam mówiło się o nim co tydzień. A to że ma problem z utrzymaniem zespołu w ryzach, że jest zbyt stateczny przy linii bocznej, że gdy drużyna jest bezradna, to on się w to jedynie wpasowuje. Gareth McAuley z West Bromwich dokonał tego, co było nieuniknione. Ściął głowę AVB i kto wie, czy nie spowodował, że w najbliższym czasie nikt w tak znamienitym klubie go nie zatrudni. No bo niby gdzie?

A w Londynie obecnie trwa burza mózgów. Kto, do cholery, wstrząśnie tym zespołem i jeszcze coś ugra w tym sezonie. Według najnowszych doniesień w ciągu 48 godzin kontrakt na Stamford Bridge ma podpisać Rafael Benitez. I chyba nie tylko ja twierdzę, że Hiszpan to dla Chelsea jeden z najgorszych możliwych wyborów.

Spytacie: dlaczego? Przecież to szkoleniowiec utytułowany, zwycięzca Ligi Mistrzów...

Ok, Benitez poprowadził Liverpool do pamiętnego zwycięstwa z Milanem. Natchnął tych facetów w szatni do odrobienia 0:3. Później był popis Jurka Dudka, którego nie sposób zapomnieć, jasne, ale to popularny Rafa sprawił, że do "Dudek dance" doszło.

Tylko że Chelsea jest już praktycznie za burtą Ligi Mistrzów. Champions League to nie polska Ekstraklasa, to jest ten osławiony "international level" i śmiem wątpić w efekt "nowej miotły". A skoro nie te rozgrywki, to najważniejsza do uratowania jest liga. I tego w żadnym wypadku Benitez nie gwarantuje. Do końca sezonu pozostało 11 kolejek. Oto przegląd, jak Liverpool Beniteza radził sobie w tym właśnie okresie na przestrzeni lat. Przed nawiasem - punkty zdobyte w 11 ostatnich grach sezonu, w nawiasie: strata do lidera po 27 kolejkach -> strata do mistrza Anglii po ostatniej kolejce sezonu.

Sezon 2004/2005 - 15 pkt (strata do lidera: 25 -> 37)
Sezon 2005/2006 - 28 pkt (strata do lidera: 15 -> 9)
Sezon 2006/2007 - 18 pkt (strata do lidera: 16 -> 21)
Sezon 2007/2008 - 26 pkt (strata do lidera: 14 -> 11)
Sezon 2008/2009 - 31 pkt (strata do lidera: 10 -> 4)
Sezon 2009/2010 - 18 pkt (strata do lidera: 16 -> 23)

Jak widać to, jak Benitez gra końcówki sezonu to prawdziwa loteria. Zresztą po odejściu z Valencii (poza przebłyskami w Champions League, bo umówmy się, że Superpuchar Europy czy Klubowe Mistrzostwa Świata to nie są rozgrywki dorównujące prestiżem Premier League), Benitez powoli staczał się coraz niżej w hierarchii trenerskiej. Aż doszło do momentu, w którym wyrzucono go z Interu i nikt nie garnął się, by go zatrudnić.

Tak więc jeśli ktoś ma jeszcze uratować ligę dla The Blues (a tak odbierać się będzie trzecie miejsce, ponieważ Manchestery są już poza zasięgiem kogokolwiek), to chyba lepiej, żeby to Benitez nie był. Dużo lepsi byliby z pewnością trenerzy z listy opublikowanej przez portal CaughtOffside, jednak jeżeli którykolwiek z nich zdecyduje się przejść na Stamford Bridge, to dopiero latem.

Oto lista pięciu najlepszych potencjalnych menedżerów dla Chelsea wg. CaughtOffside:
 
5. Joachim Loew
4. Fabio Capello
3. Juegren Klopp
2. Josep Guardiola
1. Jose Mourinho
Pełna lista wg. CaughtOffside (10 menedżerów) TUTAJ.

Poza Capello, który chyba zraził się na dobre do angielskiej piłki, reszta jest praktycznie nie do wyjęcia. Na pewno nie teraz. Ale kto wie, czy w najbliższym czasie nie pojawi się jakieś zupełnie inne, szokujące nazwisko.

Jeśli miałbym obstawiać, kto w najbliższym czasie zajmie gorący stołek na zachodzie Londynu, postawiłbym chyba na... Davida Moyesa. Zasłużył sobie wytrwałym prowadzeniem Evertonu od 10 lat, ale w pewnym momencie trzeba zrobić krok dalej. Jeżeli Moyes nie chce ugrząść w ligowej szarzyźnie już na zawsze, to jest dla niego idealny moment. Nawet barw nie musiałby zmieniać...

sobota, 3 marca 2012

Dokąd zmierza cudotwórca w białej koszuli?

Trener reprezentacji Zambii, Herve Renard


Gdyby nie moja wielka fascynacja piłką afrykańską, pewnie obok newsa o przedłużeniu kontraktu z reprezentacją Zambii przez Herve Renarda przeszedłbym bezrefleksyjnie. Ale że ostatnimi czasy historia reprezentacji Zambii poruszyła piłkarski świat, nie mogłem tego zrobić.

Chciałem trochę pogdybać. Jak skończyć może się ta decyzja dla Renarda, który w Zambii jest teraz jednym z największych bohaterów narodowych. To on sprawił, że po 19 latach, w mieście, w którym zginęła reprezentacja Chipolopolo, następcy tamtego teamu zdobyli Puchar Narodów Afryki. Sprawił, że czarny koń tego PNA napisał przepiękną historię.

Wydawało się, że zaraz po afrykańskich mistrzostwach, świat trenerów stanie przed Renardem otworem. Trener, który kiedyś zarabiał na życie wywozem śmieci stał się najgorętszym towarem na kontynencie. Oferty prowadzenia swoich reprezentacji złożyły Renardowi m.in. Senegal i Ghana. Zespoły, które niewątpliwie dysponują większym potencjałem (przede wszystkim ofensywnym) niż Zambia.

On jednak odrzucił te dwie oferty (i nie wiadomo ile innych, zapewne od klubów i reprezentacji z krajów, których piłka stoi pieniędzmi szejków - tam trenerzy z Afryki są bardzo szanowani), postanowił ciągnąć dalej swoją przygodę z Miedzianymi Pociskami. Jak to może się dla Renarda skończyć?

Opcja pierwsza: stabilizacja

Już za rok kolejny Puchar Narodów Afryki. Zawodnicy, którzy z formą trafili wybornie, nie zestarzeją się aż tak bardzo, by ich forma fizyczna miała drastycznie spaść. Doświadczony kapitan, Chris Katongo będzie miał 30 lat, a więc będzie w optymalnym dla pomocnika wieku. Stoper Joseph Musonda - 35, a więc będzie mógł się uzupełniać z młodym Stophirą Sunzu (który niewątpliwie latem trafi do silnego europejskiego klubu). Snajper Emmanuel Mayuka ma dopiero 21 lat, więc przyszłość przed nim (jemu też przepowiadam przenosiny do ligi mocniejszej niż szwajcarska). A że bramkarze są jak wino, to Kennedy Mweene może za rok być tylko lepszy. Jeżeli więc nie nastąpi nic niespodziewanego, szkielet tej reprezentacji pozostanie bez zmian i będzie można udanie powalczyć o obronę tytułu.

Piłka - nawet afrykańska - zna zresztą takie przypadki, gdy jeden sukces napędzał kolejny. Wystarczy przypomnieć Hassana Shehatę, który trzy razy z rzędu zdobył Puchar Narodów Afryki z Egiptem. A po drodze odrzucił intratne oferty z Omanu i Kuwejtu.

Opcja druga: upadek

Może być też tak, że ta drużyna osiągnęła szczyt możliwości miesiąc temu i nigdy więcej nie uda jej się wskoczyć na tak wysoki poziom. I braknie szczęścia. Drogba już nie spudłuje jedenastki, Asamoah Gyan również. I skończy się na fazie grupowej, a Renard przestanie być bogiem, a zacznie się zastanawiać nad tym, dlaczego nie odszedł w glorii chwały. Jak swego czasu Otto Rehhagel, który odmówił reprezentacji Niemiec po sensacyjnie wygranym Euro 2004 z Grecją. Wydawało się wtedy, że Niemcy dysponują słabą, podstarzałą reprezentacją, której nie stać nawet na pokonanie Łotwy na mistrzostwach Europy. Na nieszczęście boskiego Otto, to Grecy się zestarzeli, a w Niemczech świętowano w ciągu kolejnych sześciu lat wicemistrzostwo świata, wicemistrzostwo Europy i brąz na ostatnim World Cup.

A co by było, gdyby Renard odszedł...

Mógł skończyć dokładnie tak, jak Andre Villas-Boas. Jeden udany sezon w Porto (udany to może nawet mało powiedziane, niesamowity!) i transfer do Chelsea. Z perspektywy czasu transfer przedwczesny, AVB nie był jeszcze gotowy, by zapanować nad taką grupą indywidualności jak The Blues.

A może jak Rafa Benitez, który był trenerem jednego klubu. Valencii. Później już ani razu nie nawiązał do renomy, jaką miał w stolicy Lewantu. Ktoś powie, że przecież wygrał Champions League. To fakt, ale z zespołu, który miał na swoim koncie najwięcej tytułów mistrzowskich w Anglii zrobił zespół środka tabeli. Warto przypomnieć, że po wygranej Champions League, Liverpool grał w eliminacjach tylko dzięki temu, że UEFA postanowiła pozwolić obrońcy tytułu na udział w rozgrywkach. A to, co "osiągnął" w Interze nie warte jest jakiegokolwiek komentarza.

Mógł jednak skończyć także jak Jose Mourinho czy Guus Hiddink. Trenerzy-cudotwórcy, którzy gdzie się nie pojawią, tam robią wielki zespół. Dwaj zdobywcy potrójnej korony, dla których nie ma znaczenia czy prowadzą pełną gwiazd Chelsea, średnie PSV i Porto czy reprezentację Australii. Przeciwko ich zespołom nikt nie lubi grać. Oni są dwunastym zawodnikiem zespołu na wyjazdach i trzynastym w meczach u siebie.

Ale, wracając do Renarda, to tylko spekulacje. Jak będzie naprawdę, okaże się za rok. Może Renard wie coś, czego my nie wiemy, może czeka na odpowiedni moment, by przejść krok dalej. Jeżeli przy podpisywaniu kontraktu miał na sobie szczęśliwą białą koszulę, to raczej nie powinien się obawiać o swoją przyszłość...

czwartek, 1 marca 2012

A ty się Franiu ciesz...

Selekcjoner reprezentacji Polski, Franciszek Smuda


Wpadł mi w ręce wywiad z Franciszkiem Smudą. Wywiad przeprowadzony na dzień przed wczorajszym spotkaniem z Portugalią. I te same ręce, w które mi wpadł, opadły mi do kolan, gdy skończyłem czytać.

Podejmowana przeze mnie kwestia to podejście do wyników. "Przegraliśmy (z Włochami, przyp. P@S) 0:2, ale te pierwsze pół godziny dało mi wiele radości i powodów do optymizmu. Patrzyłem z satysfakcją, jak zespół funkcjonuje. Cieszyłem się, jakbym wygrał mecz".

Nie jestem w stanie zrozumieć, z czego tu się cieszyć. Włosi zdeklasowali nas wtedy, gdyby nie spalony, dostalibyśmy jeszcze jedną bramkę, nie mając praktycznie - poza rzutem karnym wykonanym beznadziejnie przez Błaszczykowskiego - żadnych swoich sytuacji. Ale Franza to zadowala.

Czytałem kiedyś reportaż z USA, zrobiony zaraz po zakończeniu mistrzostw świata w RPA. Dziennikarz (bodaj "Piłki Nożnej", ale głowy nie dam) napisał, jak wygląda gra od najmłodszych lat w kraju McDonaldsa. I zestawił to ze szkoleniem młodzieży u nas w kraju. Dostrzegł ten problem, którego u nas nikt nie chce zauważyć.

W USA młodzi chłopcy na boisku nie mają syndromu gwiazdy. Gra zespołowa to dla nich gra zespołowa, a nie popis indywidualnych umiejętności. Zresztą nie tylko w piłce tak jest.

Niedziela, mecz gwiazd NBA. Od ostatniej akcji Zachodu zależał wynik całego spotkania. Najlepiej grający w tym meczu LeBron James mógł pchać się do rzutu, "trójki" w niedzielę wpadały mu jedna za drugą. A jednak zdecydował się wznowić grę z linii bocznej, dał kolegom zawalczyć, czuł że to będzie najlepszy wybór. I byłby, gdyby Deron Williams trafił, ten jednak fatalnie spudłował.

Ale trzeba zwrócić uwagę na to, jak kolektywnie Amerykanie potrafią grać. Choć nie to jest najważniejsze. Tam drużyny, którą obserwował polski dziennikarz, trener po ładnie przegranym meczu nie pochwalił. Ci chłopcy, choć dopiero pukali do bram dorosłego futbolu i grali w jednym z wielu juniorskich turniejów, dostali siarczysty opieprz.

Tam wola zwycięstwa jest ponad podziałami, ponad kryterium wieku, ponad popisem indywidualnych umiejętności. Dlatego w reprezentacji USA mamy jedenastu zgranych chłopaków, którzy może i nie grają w czołowych klubach Europy (wcale nie lepszych niż np. nasi reprezentanci), ale są gotowi za siebie nawzajem umierać na boisku. Dlatego oni wychodzą z grupy mistrzostw świata, wygrywają czempionaty na swoim kontynencie.

A ty się Franiu ciesz z tego 0:2.